"Przygotowani" Adam Podlewski

„Gdyby ludzie od jaskiniowej epoki robili tylko to, co wyglądało na możliwe, do dzisiaj siedzieliby w jaskiniach” pomyślał Witek, patrząc na nieodległą ścianę deszczu. „Ale ponieważ robili też to, co wydawało się niemożliwe, dziś siedzą w jaskiniach.”

Miał szczęście, że znalazł tę grotę. Wbrew pozorom, naturalne zagłębienia skalne nie są częste na obszarze, który do wybuchu wojny był Polską. Nawet w górach, mianem „jaskiń” zwykle określało się niewielkie wgłębienia, żłoby wodne i wiatrowe, które nie stanowiły niemal żadnego zabezpieczenia przez zagrożeniami powojennej atmosfery. Witek pojechał w Bieszczady i szukał najlepszego schronienia wedle przyswojonej przez lata wiedzy. Był niezwykle zawiedziony, że na miejscu spotkał kogoś, kto nie zasłużył na ratunek.

– Jak znalazłaś tę grotę? – zapytał, być może po raz dwudziesty.

– Tak po prostu – powtórzyła Asia. – Jakoś dojechałam do Ustrzyk, a potem na piechotę poszłam w kierunku Tarnicy.

– Ale dlaczego? – niemal krzyknął Witek, patrząc w obojętne oczy wysokiej brunetki.

– Bo bomby wybuchły, sieć mi padła, a nawet ekran w komórce sczerniał – wyjaśniła tym samym, obojętnym tonem. Zaraz potem w jej głos wkradł się jednak odcień żalu. – To była naprawdę dobra komórka. Już nie będą takich robić?

– Sądzę, że cywilizacja jaką znamy się skończyła – powiedział Witek, wciąż katalogując zapasy. – Czy ty naprawdę nie zabrałaś niczego ze sobą? – Pokręciła głową. – Żadnych antybiotyków? Grzałki katalitycznej? Soli…

– Mówiąc „nie zabrałam”, miała na myśli „nie zabrałam” – powiedziała dziewczyna. – Mam grzebień, gumy do żucia, płyn do płukania ust i prezerwatywy. Ale jak się nie wyluzujesz, to nawet one się nam nie przydadzą.

– Jezu! – jęknął Witek, po czym odszedł w głąb jaskini.

Zaczął rozpalać ognisko. Znał dziesiątki sposobów na wykrzesanie ognia, ale jeśli padało, to niemal żaden z nich nie działał. Witek nie znalazł nawet dobrych gałązek na zrobienie łuku, nie mówiąc już o prawdziwym próchnie. Kiedy Asia podała mu znalezione w jaskini krzemienie, miał ochotę walić ją tymi kamieniami w potylicę, aż krew i mózg okażą skruchę za tę beztroską, nieprzewidującą i zupełnie niefachową właścicielkę. Zaraz jednak skarcił się za tę myśl; pamiętał przecież, że spoczywała na nim odpowiedzialność odbudowania gatunku ludzkiego, a współudział w tym dziele ostatniej samicy w promieniu wielu kilometrów był niezbędny.

– Będziemy pić wodę z deszczu? – zapytała, kiedy Witek wykrzesał z krzemieni pierwsze iskry. – Bo wiesz, czytałam, że ta woda spłukuje z atmosfery skażenie…

– Czytałaś? – zapytał zdumiony preper. – Kiedy?

– No, niedawno, jak jeszcze był internet. Znalazłam takie fajny poradnik, napisany przez jakiegoś… Lol! Witold Bielański! To ty?

Chciała pokazać mu zachowaną w telefonie stronę internetową, ale przypomniała sobie, że jej smartfon już nie działa. Dlatego tylko usiadła przed jej obrońcą, nauczycielem i potencjalnym ojcem jej dzieci, po czym zapytała:

– Jak myślisz: przeżyjemy?

– Ciężko powiedzieć, wiele zmiennych. Oceniam nasze szanse na jakieś czterdzieści procent.

– Aha… A ja nie mam pojęcia. To chyba nic nie zmienia, ale fajnie, że mam przy sobie kogoś, kto tyle wie. Na sześćdziesiąt procent umrzemy uświadomieni.

„Kurwa” pomyślał Witold Bielański, prezes Polskiego Stowarzyszenia Prepersów.

Zupełnie nie szło mu rozpalenie ogniska, ale jakimś cudem Asi się udało.