"Święta" Agnieszka Biskup

Eliza wyciąga parujące naczynie z rozgrzanego gardła kuchenki. Wszyscy już są. Siedzą przy pasie startowym białego obrusu jak klienci eleganckiej restauracji. Ich palce stężałe na wypolerowanych sztućcach. Brody uniesione. Miny sceptyczne pomimo wysiłków mojej żony-pszczółki.

– Co to jest? – matka grzebie wazówką w kremowej pulpie. – Znów jakiś ekologiczny przecier z brukwi?

– Z kiełków karczochów – poprawia ją Eliza.

Moja żona wyznaje jedzeniowe Feng Shui. Według jej standardów wszelka padlina emanuje zniszczeniem i entropią. Ta zielona filozofia jest mojej rodzinie wybitnie nie w smak. Nie przeszkadza im to jednak wpraszać się co roku na święta, jazgotać na papierowy wikt i z wielką łaską zżerać wszystko, do ostatniego okruszka.

– Są wyniki moich badań? – dopytuje się moja matka.

Prawie mi Elizy żal. Ponieważ jest naukowcem awansowano ją przymusowo na dyżurnego medyka całej rodziny.

– Zbadałam mamy próbki poza kolejką. Wszystko w porządku.

I jeszcze „mamo” jej mówi. Temu plującemu trucizną jamochłonowi. Ja się czasami zastanawiam czy Eliza nie jest inkarnacją świętej Teresy albo chociaż papieża. Z czasów kiedy oni jeszcze faktycznie uchodzili za przykład i dzieci brali na kolanka tylko po to by im opowiadać o małym Jezusku.

Nagle się ożywiam. Mój zmysł powonienia bije na larum. Panie i panowie co za moment! W piątej minucie towarzyskiego spotkania pani Eliza zaskakuje wszystkich i wytacza na stół kawał aromatycznej pieczeni!

– Polędwiczka? – zgaduje mój zaśliniony brat.

Czy Eliza skalała swój dom wnętrznościami zaszlachtowanego zwierzątka aby dogodzić rozbuchanym oczekiwaniom własnej rodziny? A może to wyszukany akt zemsty? Upiekła którąś z moich uciążliwych ciotuń i zaserwowała nam ludzinę?

Rarytasy wyjeżdżają na blat jak hokeiści na lód, pachnącym rumianym korowodem.

Goście obżerają się bez opamiętania. Uszy się im trzęsą, tłuszcz skapuje i chluszcze. Wyraz rozanielenia rozchodzi się po jadalni jak wirus, przeskakuje z jednej gęby na sąsiednią.

A może Eliza chce nas otruć? Przełykam tą myśl z soczystym kęsem. Nasi dwaj synowie pałaszują z zapałem z jakim wypija się pierwsze w życiu wino.

Eliza dołącza wreszcie, nakłada sobie solidną porcję. Odkrawa paseczek mięsa i układa na języku. Mruży ekstatycznie oczy.

– Ty Elizko truchło konsumujesz? – dziwią się krewni.

– To sztuczne mięso. – objaśnia Eliza. – Moja grupa badawcza od dawna próbowała je wyhodować.

– Co to ludzie nie wymyślą! – ryczy przygłuchy wuj.

– Jeszcze nie trafiło do sprzedaży – tłumaczy dalej Eliza. – Ale pozwoliłam sobie z okazji świąt skorzystać z laboratoryjnych inkubatorów.

– Twierdziłaś, że mięso jest nieczyste – prycha pogardliwie moja matka.

– Jeśli jest efektem przemocy i cierpienia niewinnych zwierząt. To jest tylko sekwencją sztucznie rozmnożonych łańcuchów DNA. Je się uprawia, jak rośliny.

– Ale skąd wiadomo czyje to mięso? – docieka ojciec. – Krowy? Konia?

– Mięso to mięso – reflektuje się brat. –  To chyba wszystko jedno?

– Niezupełnie – wykładała moja żona. – Potrzebujemy oczywiście jakiegoś punktu odniesienia. Pierwotnej komórki, którą będziemy powielać.

– I skąd wzięłaś tę? – odkładam już na dobre sztućce.

– Od waszej matki – po twarzy Elizy rozlewa się duma. – Pobierałam próbkę jej tkanek do badań i pomyślałam, że mama się ucieszy przysługując się całej rodzinie.

Mój brat zachłystuje się, charczy i wypluwa mięsną miazgę na talerz.

– Jak to? Chcesz powiedzieć, że zjadłem mamusię?

– Tylko technicznie rzecz biorąc – pociesza go Eliza.

I prosi mamę o sól.