"Trzeba było zostać" Łukasz Flieger

Żagle statku powolnie znikające za horyzontem – tak zaczynały się wielkie podróże dawnych odkrywców. O wielu z nich zapomnieliśmy. Zginęli w drodze. Byli też tacy, którzy powrócili w chwale. Ich wyprawy zapisały się na kartach historii, a my pamiętamy o nich do dziś. My, czyli byli i (tutaj nie mam już pewności) aktualni mieszkańcy Ziemi. Jestem pewny, że każdy z tamtych podróżników marzył o triumfalnym powrocie, snuciu opowieści o odwiedzonych miejscach i odkrytych lądach. Długo nad tym myślałem i sam bardzo chciałem wrócić. Niestety, my, kosmiczni odkrywcy, odbieramy sobie marzenia o powrocie wraz z pierwszym skokiem w prędkość nadświetlną.

Zawsze byłem bardziej marzycielem niż naukowcem, więc postaram się wytłumaczyć to prostymi słowami. Przekraczając prędkość światła może się wydawać, że na statku minęło 10 znanych nam minut, jednak Ziemia w tym czasie mogła postarzeć się, w zależności od mocy napędu, o tysiące lat i utracić bezpowrotnie wszystko, co było nam znane i bliskie.

Wyobraź sobie przedstawiciela homo erectus, który w swoich czasach został uprowadzony przez zaawansowaną technologicznie obcą rasę. Załóżmy, że ich lecący z ogromną prędkością statek zatoczył koło i powrócił na Ziemię, na której minęło półtora miliona lat. Wypuszczony na wolność prymityw nigdy by się tam nie odnalazł, popadłby w beznadzieję, a ludzie w najlepszym przypadku zamknęliby go w zoo.

Zwiedziłem dużo planet, jednak na żadnej z nich nie znalazłem utraconego ziemskiego szczęścia i spokoju. Dla wielu światów byłem zbyt zacofany względem mieszkańców. Jak pierwotniak, który nawet w ułamku nie doścignie ich ewolucji, zaawansowania biologicznego. Dla innych byłem zbyt rozwinięty. Nie pasowałem nigdzie. Szukałem miejsca przypominającego Ziemię z czasów mojego wylotu, jednak nieskończoność wszechświata dawała mi marne szanse. Pewnego razu mój komputer wytypował planetę niemal identyczną do Ziemi z ery kenozoicznej. Zanim tam dotarłem, miejsce postarzało się o kilkadziesiąt milionów lat, a nieznaczne różnice zaowocowały ewolucją w zupełnie inną, obcą mi stronę. Mógłbym tak szukać swojego miejsca aż do momentu, w którym mój zegar biologiczny wybiłby ostatnią sekundę. I pewnie nadal bym go nie znalazł. Trzeba było zostać.

Dokonaliśmy niemożliwego. Czułem, że perfekcyjny wszechświat jest dla mnie w końcu w całości otwarty, a jednak pozostałem całkowicie zamknięty w jaskini swojego niewyewoluowanego człowieczeństwa, ograniczony do odczuwania jedynie znanych przez mój umysł potrzeb, bodźców i emocji. Tęskniłem za bliskością ludzi podobnych do mnie. Zrozumiałem, że przez opuszczenie Ziemi skazałem się na los najbardziej samotnej istoty w całym uniwersum. A nieskończony wszechświat może mieć ich nieskończenie wiele. Trzeba było zostać.

Są jednak miejsca, które dają nadzieję takim jak ja. Właśnie tam podążam. To podróż, z której nigdy nie wrócę. Nikt jeszcze nie wrócił. Lecę właśnie w gigantycznym korowodzie statków z różnych epok, cywilizacji i zakątków wszechświata. Stale przybywają do nas kolejne pojazdy pogrążonych w beznadziei pilotów. Takich jak ja, którzy kiedyś podjęli najważniejszą, złą decyzję życia. Może właśnie podejmujemy ją ponownie? Nie widziałem, żeby ktoś się rozmyślił i odleciał. Razem tworzymy niewyobrażalnie wielki kondukt. Powoli zbliżamy się do celu. Pojazdy przede mną zostają wciągnięte i giną w pustce. Jeszcze kilka chwil i metaforyczne żagle mojego statku kosmicznego na zawsze znikną za horyzontem zdarzeń czarnej dziury.