"Zerowanie" Jan Madejski

– Pewnie wszystkich nas pośmiertnie awansują. – stwierdziła beznamiętnie porucznik Passi, patrząc na atomową zorzę.

– Odlecieliśmy na jakieś 50 mil… Przepraszam, 80 kilometrów. – poprawiłem się, spłoszony grymasem pani porucznik. – Impuls elektromagnetyczny już przeleciał. Odpalam systemy pokładowe. Nawigacja… Wspomaganie…

– Hanson, załatw mi autopilota. Do wzgórz poszybujemy i bez silnika, ale ta krypa musi potem odlecieć jako przynęta.

Przytaknąłem i zabrałem się do wymieniania przepalonych tranzystorów. Drony i karczochy, które przetrwały wybuch reaktora naszej bazy, pewnie też były sparaliżowane przez IEM, ale na planecie wylądowało więcej desantowców – należało się liczyć z tym, że blaszaki spróbują nas wytropić.

Maszyny miały proste wytyczne: przeczesać biotopy, które przez ostatnie lata nasza załoga zasiedlała makrofauną, i zniszczyć całą zrakowaciałą biomasę. Każdy globalny kryzys podczas terraformacji planety elektronowe mózgi i biurokratyczne organizacje kosmiczne załatwiały procedurą: „przywrócić stan wyjściowy i pośmiertnie odznaczyć zmarłych”. W pierwszych etapach robiono to za pomocą efektu cieplarnianego, toksyn lub zrzucając meteoroidy z orbity, jednak nasza Vega miała już rozwiniętą florę i dobry poziom tlenu – ten cykl musieli więc zerować bardziej finezyjnie.

Gdyby tylko zechcieli nas wysłuchać, zanim główny komputer sprowadził desant…

– Powtarzam: błąd interpretacji danych spowodowany był konfliktem miar. Dostarczone przez amerykańską agencję mierniki pracowały w jednostkach imperialnych i takie wartości wprowadzał do bazy inżynier Hanson. Niemiecki komputer źle zinterpretował je jako jednostki metryczne. Nie ma zagrożenia mutagenem. Powtarzam: na Vedze nie ma kryzysu biomasy. Szlag… – profesor Halska walnęła pięścią w elektroskrybę. Wcześniej uradziliśmy zapisać całą sytuację w dzienniku pokładowym – a nuż dotrze ona do centrali, gdy maszyny wytropią pojazd. Niestety, każdy wpis był ograniczony do 3500 znaków, więc ciężko było zmieścić wszystkie niuanse.

– Pani profesor, zbliżamy się do wzgórza 20-17. Proszę pozmieniać daty logów, żeby nie odkryli, kiedy wyskoczyliśmy. Hanson, zbierzcie klamoty i dajemy dyla!

Nasz zdradliwy komputer z pewnością przesłał wcześniej dane topograficzne Vegi do centrali i drony znały planetę lepiej od nas. Ale o jaskini nie mogły wiedzieć. Osobiście wykasowałem wyniki wszystkich badań w tym rejonie, zanim trafiły do komputera. Nie, żebym spodziewał się, że jaskinia posłuży nam za azyl – po prostu spędziliśmy w niej kiedyś kupę czasu, próbując przeanalizować ścienne hieroglify, które – w naszym mniemaniu – miała zostawić trzecia ekipa terraformująca, nim wyzerowano jej cykl wielkim tsunami. Gdy profesor Halska ustaliła w końcu, że są to zwykłe zacieki powstałe w wyniku przyspieszonej erozji, postanowiliśmy nie dzielić się badaniami z centralą.

– Łapcie jakiegoś pająka. – nakazała pani profesor, gdy już wtaszczyliśmy cały bagaż do jaskini. – Gdy nafaszeruję go akceleratyną, zakryje wejście siecią i żaden z blaszaków nie domyśli się, że tu dotarliśmy. Grota ma przyjazny klimat i własny ekosystem, a te grzyby dostarczą nam światła. Możemy tu przetrwać latami.

– Wystarczy kilkanaście miesięcy. Skończą zerowanie i przyleci następna ekipa, albo do centrali dotrze raport z naszego pojazdu. – dodała optymistycznie porucznik Passi. – Ludzkość nie będzie siedzieć wiecznie w jaskini!

A ja przycupnąłem pod zaciekami i zacząłem dłubać w ścianie literki. Nie wierzę w dobre zakończenia.